„Lepiej umrzeć za kwitnące kwiaty, niż żyć na jałowej
pustyni. To nie jest nasza wojna”
-Ymeer Etwaslos.
W ostatnich dniach powiedziano o Ukrainie tyle, że mogłoby
się wydawać, iż dodanie czegokolwiek do dyskusji jest właściwie niemożliwe. Trzeba
jednak wziąć pod uwagę to, że media karmią nas nie informacją, a propagandą.
Jak na każdej wojnie, tak. Możemy sobie wmawiać, że Rosja jest słaba a Putin bezsilny, ale to jest tylko wishfull thinking. Bo Putin
jest przede wszystkim wkurwiony, więc nieracjonalny. A rosjanie, podobnie
jak prawie każdy naród na świecie, nadal marzą o imperium. Zagrożenie wojną
musimy uznać jako realne.
Inwazja Rosji na Krym, która jest już w tej chwili faktem,
zagraża nam wszystkim. Bo Europa nie ma już wyjścia – zaangażowała się po
stronie opozycji. Musi więc, w przypadku nadchodzącej wojny, wesprzeć ją
militarnie. To jest więc teraz także i nasza wojna.
Można zadawać sobie pytanie, czy jesteśmy dobrze
przygotowani, czy jesteśmy w stanie pokonać Putina itepe. Ale zdecydowanie
ważniejsza jest kwestia, czy możemy taki konflikt w ogóle zaryzykować. Jeśli
nie będziemy w stanie go zarzegnać, stracimy wszystko.
Sto lat po Wielkiej Wojnie stajemy na progu kolejnej, być
może jeszcze straszliwszej. Żeby jej uniknąć, musielibyśmy dać Putinowi
możliwość wyjścia z sytuacji z twarzą, jako zwycięzcy. Ale jeśli Europa i
Ukraina nie jest gotowa i nie może być gotowa oddać Krymu to jak tego dokonać?
Jak powstrzymać rannego, rozszalałego niedźwiedzia?
Muszę Wam powiedzieć, że strasznie się boję.
Bo ja też nie chcę żyć na jałowej pustyni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz