sobota, 1 marca 2014

Nasza wojna.

„Lepiej umrzeć za kwitnące kwiaty, niż żyć na jałowej pustyni. To nie jest nasza wojna”
-Ymeer Etwaslos.

W ostatnich dniach powiedziano o Ukrainie tyle, że mogłoby się wydawać, iż dodanie czegokolwiek do dyskusji jest właściwie niemożliwe. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że media karmią nas nie informacją, a propagandą. Jak na każdej wojnie, tak. Możemy sobie wmawiać, że Rosja jest słaba a Putin bezsilny, ale to jest tylko wishfull thinking. Bo Putin jest przede wszystkim wkurwiony, więc nieracjonalny. A rosjanie, podobnie jak prawie każdy naród na świecie, nadal marzą o imperium. Zagrożenie wojną musimy uznać jako realne.

Inwazja Rosji na Krym, która jest już w tej chwili faktem, zagraża nam wszystkim. Bo Europa nie ma już wyjścia – zaangażowała się po stronie opozycji. Musi więc, w przypadku nadchodzącej wojny, wesprzeć ją militarnie. To jest więc teraz także i nasza wojna.

Można zadawać sobie pytanie, czy jesteśmy dobrze przygotowani, czy jesteśmy w stanie pokonać Putina itepe. Ale zdecydowanie ważniejsza jest kwestia, czy możemy taki konflikt w ogóle zaryzykować. Jeśli nie będziemy w stanie go zarzegnać, stracimy wszystko.

Sto lat po Wielkiej Wojnie stajemy na progu kolejnej, być może jeszcze straszliwszej. Żeby jej uniknąć, musielibyśmy dać Putinowi możliwość wyjścia z sytuacji z twarzą, jako zwycięzcy. Ale jeśli Europa i Ukraina nie jest gotowa i nie może być gotowa oddać Krymu to jak tego dokonać? Jak powstrzymać rannego, rozszalałego niedźwiedzia?

Muszę Wam powiedzieć, że strasznie się boję.


Bo ja też nie chcę żyć na jałowej pustyni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz