piątek, 30 listopada 2012

Orgia pieprzenia.


Ponieważ chciałbym uniknąć niepotrzebnych nieporozumień, muszę od początku zaznaczyć, że użyte przeze mnie słowo „pieprzenie” jest dla mnie odpowiednikiem „bullshit” względnie „der Blödsinn”, a sam tytuł jest tylko próbą zonetowania tegoż bloga, celem zdobycia możliwie dużej grupy konsumentów mojego pieprzenia, a jak wiadomo, seks Seals.

Ogólna teoria pieprzenia.

Powyższe zdanie, pomijając zabawną gramatykę, celową napuszoność i komiczne* błędy, jest jednym z przykładów pieprzenia, czyli, jak ładnie zdefiniował to Ludwig Wittgestein, sztuki mówienia o niczym.
Podzielił on sądy na trzy kategorie: sensowne, bezsensowne i niedorzeczne. Sensowne to na przykład: „pada deszcz”. Te zdania mogą być albo prawdziwe, albo fałszywe. Bezsensowne to takie, które przez swoją strukturę są albo zawsze prawdziwe albo fałszywe: „deszcz pada, albo nie”; „deszcz pada i nie pada”. Zdania niedorzeczne, czyli tytułowe pieprzenie, nie są nigdy ani prawdziwe, ani fałszywe i w związku z tym nie są nośnikami informacji**1. Niedalekie jest to zresztą od słynnej definicji prawdy wg. ks. Tischnera.
Inny filozof, o pięknym nazwisku Harry Frankfurt, widzi w pieprzeniu większe zagrożenie dla naszej cywilizacji, niż w kłamstwie. Mówi on tak: „Dla naszego społeczeństwa respekt w stosunku do prawdy jest niezwykle istotny. Kłamca tego respektu nie podważa, co najwyżej wykorzystuje naszą jej (prawdy) nieznajomość. To niezbyt ładne z jego strony, ale odróżnia go to znacząco od bullshitera***, który prawdę ma za nic”1.

Obywatelu, nie pieprz bez sensu.

Jednym z największych festiwali pieprzenia w dzisiejszym świecie jest kampania wyborcza i same wybory. Nazywanie tego gorszącego spektaklu „świętem demokracji” jest okrutnym żartem i cieszyć może jedynie pokręconych monarchistów w rodzaju Korwina-Mikke. Wszelkie postulaty, aby uczynić dyskusję przedwyborczą w jakikolwiek sposób merytoryczną, są słuszne.

Tyle, że równie utopijne jak marksizm.

Codzienna dyskusja polityczna, choć również pełna pieprzenia, jest jednak mniej oderwana od rzeczywistości. A to dlatego, że skutkuje konkretnymi decyzjami. I to one powinny być oceniane przez nas.

Kampania wyborcza z kolei ma wyłącznie na celu zaciemnienie obrazu polityków (vide: „Oleksy to polityk centrolewicowy średniego pokolenia”) i jako taka jest dla demokracji groźna. Co więcej, przy dzisiejszych mediach, portalach społecznościowych  i innych Tweeterach, staje się kompletnie niepotrzebna. Bo została wymyślona po to, by dotrzeć z programem do wyborców, którzy na co dzień nie mieli pojęcia, co dzieje się w stolicy. Dziś nie ma to już miejsca.

Problem w tym, że jeśli skreślimy kampanię, musimy jednocześnie porzucić wybory, czyli odrzucić demokrację.

Czy aby jednak na pewno?

Pieprzyć wybory!

Dziś mamy do dyspozycji narzędzia, które pozwalają nam szybciej, taniej i częściej oceniać preferencje obywateli. Zarówno w sensie poparcia dla partii politycznych, jak i konkretnych decyzji rządu. Mówię oczywiście o wszędobylskich sondażach. Duża część jest stronnicza, ale jeśli zanalizujemy dostateczną ich ilość, wyniki wyborów stają się do przewidzenia. Co więcej, ich wykonanie jest nieporównywalnie tańsze od zwykłych wyborów, stąd można je robić zdecydowanie częściej.

Aby wyeliminować kampanię wyborczą całkowicie, należałoby tylko również utajnić datę analizy sondaży. Czyli ustalić, że kadencja sejmu trwa np. pomiędzy 2-6 lat, a prezydenta 3-7, przy czym dokładna data byłaby losowana i przechowywana w Centralnej Komisji Wyborczej. Dokładniej mówiąc w jej głównym komputerze, który ujawniałby ją wraz z ogłoszeniem wyników. Analiza taka mogłaby dodatkowo być przeprowadzana np. w przypadku gwałtownego spadku poparcia dla rządu w społeczeństwie, takiego jakie miało na przykład miejsce po aferze Rywina. To z kolei powiększyłoby odpowiedzialność polityków wobec społeczeństwa.

A to ona, i właśnie ona, jest w końcu prawdziwym filarem demokracji. 
A nie akt wrzucenia kartki do urny.

A może to jednak ja dzisiaj oddałem się we władanie pieprzenia?













*tzn. komiczne dla mnie.

**Jest rzeczą znamienną, że sam Wittgestein, będąc filozofem, zaliczył całą filozofię do… trzeciej kategorii, czyli pieprzenia.

***Jak ktoś zaproponuje zgrabne polskie słówko, natychmiast je zastosuję. Proszę o propozycje w komentarzach.

1za: Tobias Hürter Reden, ohne was zu sagen (Mówić , by nie powiedzieć), Hohe Luft 1/2013 str 21 – 27. Tłum. Własne, więc marne.

piątek, 9 listopada 2012

Aż do miasta Asz.


Pozwólcie, że przytoczę Wam historię, którą przeczytałem w aktualnym wydaniu „Die Zeit”. Oryginalnie opowiada ją jedna z członkiń Tea Party na Florydzie.

Podczas tegorocznego święta Haloween zapytała ona dzieciaki, które przyszły pozbierać cukierki, czy byłyby gotowe oddać część swojego „łupu” tym, którzy byli zbyt leniwi, żeby je pozbierać. Dzieci, zgodnie z logiką, odpowiadały właściwie wyłącznie nie*.

Prawda, że ładne? I jak każda dobra przypowieść, świetnie daje się przenieść do świata dorosłych. Ja byłem grzeczny, wykształciłem się, pracuję, przynoszę korzyść społeczeństwu swym własnym jestestwem. Do wszystkiego doszedłem sam, własnym trudem, ponosząc po drodze setki wyrzeczeń. Skoro więc ja przeszedłem tą drogę i jestem, gdzie jestem, to przecież każdy mógł to zrobić. Co oznacza, że ci, którzy mają mniej, albo co gorsza nie pracują i żyją dzięki pomocy społecznej** to śmierdzące lenie, którym po prostu nie chce się być tak wspaniałym, jak JA.

Prawda?

Jakże pięknie jest żyć w takim permanentnym stanie samozadowolenia! Jakże pięknie jest tak myśleć! Toż to sam cud, miód i orzeszki patrzeć na własne, przemądre odbicie w lustrze!

Muszę więc siebie zapytać, co też ze mną jest nie tak, że kiedy golę się wieczorem to nie widzę geniusza. Widzę człowieka, który nie wstydzi się nosić w kieszeni telefon wytworzony rękami chińskich niewolników. Widzę kogoś, kto żyje w luksusie, na jaki nikt nie zasłużył, a on chce tylko jeszcze więcej. Patrzę głęboko w oczy tego, który opcjami na opcjonalne opcje kredytów sub prime dorobił się fortuny, a teraz każe eksmitować tych, którzy nie mają z czego oddać pieniędzy. I wiem, że nie zrobi on nic więcej, jak tylko napiszę bzdurną, emocjonalną notkę na bloga, żeby jego facebookowi znajomi mogli kliknąć „like”. Jeszcze lepiej, żeby w komentarzach wpisali, że on tak naprawdę to jest dobry. Wrażliwy społecznie.

I to jakoś wytłumaczy jego zbrodnie.

Pamiętam dokładnie, gdzie i kiedy pierwszy raz poczułem, jak niesprawiedliwie zarabiam. Było to w zagubionej wiosce Drzewinia. Siedzieliśmy przy stole, ja, obozowy le(ń)karz, a dookoła mnie wychowawcy. Oni pokazywali dzieciakom świat sztuki, teatru, aktorstwa, śpiewu, fotografii. Niektórzy nawet wysyłali je na odległe pustkowia zdruzgotanych wojną atomową Stanów, względne do innych krain wyobraźni. Odpowiadali też za ich bezpieczeństwo, w dzień i w nocy. Ja zaś grałem sobie spokojnie w Planscape: Torment. Oczywiście, że zarobiłem więcej. Za ciężką i odpowiedzialną pracę.

Jak to więc było z tymi leniami i cukierkami? Podzielicie się?

Wniosek na dziś: Słowackie kino, nawet, jeśli nie pozbawione błędów, ma potencjał. By wpędzić człowieka w depresję i obłęd. Z tego też powodu polecam Wam z całego serca zarówno film, z którego zerżnąłem tytuł notki jak i Cottbus Film Festival.


*Oczywiście należałoby zapytać, czy te maluchy nie znały wcześniej poglądów swojej sąsiadki i, licząc może na dodatkowego cukierka, mówiły dokładnie to, co chciała usłyszeć.

**Czytaj: z MOICH, ciężko zarobionych pieniędzy.