Ponieważ chciałbym uniknąć niepotrzebnych nieporozumień,
muszę od początku zaznaczyć, że użyte przeze mnie słowo „pieprzenie” jest dla
mnie odpowiednikiem „bullshit” względnie „der Blödsinn”, a sam tytuł jest tylko
próbą zonetowania tegoż bloga, celem zdobycia możliwie dużej grupy konsumentów
mojego pieprzenia, a jak wiadomo, seks Seals.
Ogólna teoria pieprzenia.
Powyższe zdanie, pomijając zabawną gramatykę, celową
napuszoność i komiczne* błędy, jest jednym z przykładów pieprzenia, czyli, jak
ładnie zdefiniował to Ludwig Wittgestein, sztuki mówienia o niczym.
Podzielił on sądy na trzy kategorie: sensowne, bezsensowne
i niedorzeczne. Sensowne to na przykład: „pada deszcz”. Te zdania mogą być albo
prawdziwe, albo fałszywe. Bezsensowne to takie, które przez swoją strukturę są
albo zawsze prawdziwe albo fałszywe: „deszcz pada, albo nie”; „deszcz pada i
nie pada”. Zdania niedorzeczne, czyli tytułowe pieprzenie, nie są nigdy ani
prawdziwe, ani fałszywe i w związku z tym nie są nośnikami informacji**1.
Niedalekie jest to zresztą od słynnej definicji prawdy wg. ks. Tischnera.
Inny filozof, o pięknym nazwisku Harry Frankfurt, widzi w pieprzeniu
większe zagrożenie dla naszej cywilizacji, niż w kłamstwie. Mówi on tak: „Dla
naszego społeczeństwa respekt w stosunku do prawdy jest niezwykle istotny.
Kłamca tego respektu nie podważa, co najwyżej wykorzystuje naszą jej (prawdy) nieznajomość.
To niezbyt ładne z jego strony, ale odróżnia go to znacząco od bullshitera***,
który prawdę ma za nic”1.
Obywatelu, nie pieprz
bez sensu.
Jednym z największych festiwali pieprzenia w dzisiejszym
świecie jest kampania wyborcza i same wybory. Nazywanie tego gorszącego
spektaklu „świętem demokracji” jest okrutnym żartem i cieszyć może jedynie
pokręconych monarchistów w rodzaju Korwina-Mikke. Wszelkie postulaty, aby
uczynić dyskusję przedwyborczą w jakikolwiek sposób merytoryczną, są słuszne.
Tyle, że równie utopijne jak marksizm.
Codzienna dyskusja polityczna, choć również pełna
pieprzenia, jest jednak mniej oderwana od rzeczywistości. A to dlatego, że skutkuje konkretnymi decyzjami. I to one powinny być oceniane
przez nas.
Kampania wyborcza z kolei ma wyłącznie na celu zaciemnienie obrazu
polityków (vide: „Oleksy to polityk centrolewicowy średniego pokolenia”) i jako
taka jest dla demokracji groźna. Co więcej, przy dzisiejszych mediach,
portalach społecznościowych i innych
Tweeterach, staje się kompletnie niepotrzebna. Bo została wymyślona po to, by dotrzeć z programem do wyborców, którzy na co dzień nie mieli
pojęcia, co dzieje się w stolicy. Dziś nie ma to już miejsca.
Problem w tym, że jeśli skreślimy kampanię, musimy
jednocześnie porzucić wybory, czyli odrzucić demokrację.
Czy aby jednak na pewno?
Pieprzyć wybory!
Dziś mamy do dyspozycji narzędzia, które pozwalają nam szybciej,
taniej i częściej oceniać preferencje obywateli. Zarówno w sensie poparcia dla
partii politycznych, jak i konkretnych decyzji rządu. Mówię oczywiście o
wszędobylskich sondażach. Duża część jest stronnicza, ale jeśli zanalizujemy
dostateczną ich ilość, wyniki wyborów stają się do przewidzenia. Co więcej, ich
wykonanie jest nieporównywalnie tańsze od zwykłych wyborów, stąd można je robić
zdecydowanie częściej.
Aby wyeliminować kampanię wyborczą całkowicie, należałoby
tylko również utajnić datę analizy sondaży. Czyli ustalić, że kadencja sejmu
trwa np. pomiędzy 2-6 lat, a prezydenta 3-7, przy czym dokładna data byłaby
losowana i przechowywana w Centralnej Komisji Wyborczej. Dokładniej mówiąc w
jej głównym komputerze, który ujawniałby ją wraz z ogłoszeniem wyników. Analiza
taka mogłaby dodatkowo być przeprowadzana np. w przypadku gwałtownego spadku
poparcia dla rządu w społeczeństwie, takiego jakie miało na przykład miejsce po
aferze Rywina. To z kolei powiększyłoby odpowiedzialność polityków wobec
społeczeństwa.
A to ona, i właśnie ona, jest w końcu prawdziwym filarem demokracji.
A nie akt wrzucenia kartki do urny.
A może to jednak ja dzisiaj oddałem się we władanie
pieprzenia?
*tzn. komiczne dla mnie.
**Jest rzeczą znamienną, że sam Wittgestein, będąc filozofem,
zaliczył całą filozofię do… trzeciej kategorii, czyli pieprzenia.
***Jak ktoś zaproponuje zgrabne polskie słówko, natychmiast
je zastosuję. Proszę o propozycje w komentarzach.
1za: Tobias Hürter Reden, ohne was zu sagen (Mówić , by nie powiedzieć), Hohe Luft
1/2013 str 21 – 27. Tłum. Własne, więc marne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz