piątek, 9 listopada 2012

Aż do miasta Asz.


Pozwólcie, że przytoczę Wam historię, którą przeczytałem w aktualnym wydaniu „Die Zeit”. Oryginalnie opowiada ją jedna z członkiń Tea Party na Florydzie.

Podczas tegorocznego święta Haloween zapytała ona dzieciaki, które przyszły pozbierać cukierki, czy byłyby gotowe oddać część swojego „łupu” tym, którzy byli zbyt leniwi, żeby je pozbierać. Dzieci, zgodnie z logiką, odpowiadały właściwie wyłącznie nie*.

Prawda, że ładne? I jak każda dobra przypowieść, świetnie daje się przenieść do świata dorosłych. Ja byłem grzeczny, wykształciłem się, pracuję, przynoszę korzyść społeczeństwu swym własnym jestestwem. Do wszystkiego doszedłem sam, własnym trudem, ponosząc po drodze setki wyrzeczeń. Skoro więc ja przeszedłem tą drogę i jestem, gdzie jestem, to przecież każdy mógł to zrobić. Co oznacza, że ci, którzy mają mniej, albo co gorsza nie pracują i żyją dzięki pomocy społecznej** to śmierdzące lenie, którym po prostu nie chce się być tak wspaniałym, jak JA.

Prawda?

Jakże pięknie jest żyć w takim permanentnym stanie samozadowolenia! Jakże pięknie jest tak myśleć! Toż to sam cud, miód i orzeszki patrzeć na własne, przemądre odbicie w lustrze!

Muszę więc siebie zapytać, co też ze mną jest nie tak, że kiedy golę się wieczorem to nie widzę geniusza. Widzę człowieka, który nie wstydzi się nosić w kieszeni telefon wytworzony rękami chińskich niewolników. Widzę kogoś, kto żyje w luksusie, na jaki nikt nie zasłużył, a on chce tylko jeszcze więcej. Patrzę głęboko w oczy tego, który opcjami na opcjonalne opcje kredytów sub prime dorobił się fortuny, a teraz każe eksmitować tych, którzy nie mają z czego oddać pieniędzy. I wiem, że nie zrobi on nic więcej, jak tylko napiszę bzdurną, emocjonalną notkę na bloga, żeby jego facebookowi znajomi mogli kliknąć „like”. Jeszcze lepiej, żeby w komentarzach wpisali, że on tak naprawdę to jest dobry. Wrażliwy społecznie.

I to jakoś wytłumaczy jego zbrodnie.

Pamiętam dokładnie, gdzie i kiedy pierwszy raz poczułem, jak niesprawiedliwie zarabiam. Było to w zagubionej wiosce Drzewinia. Siedzieliśmy przy stole, ja, obozowy le(ń)karz, a dookoła mnie wychowawcy. Oni pokazywali dzieciakom świat sztuki, teatru, aktorstwa, śpiewu, fotografii. Niektórzy nawet wysyłali je na odległe pustkowia zdruzgotanych wojną atomową Stanów, względne do innych krain wyobraźni. Odpowiadali też za ich bezpieczeństwo, w dzień i w nocy. Ja zaś grałem sobie spokojnie w Planscape: Torment. Oczywiście, że zarobiłem więcej. Za ciężką i odpowiedzialną pracę.

Jak to więc było z tymi leniami i cukierkami? Podzielicie się?

Wniosek na dziś: Słowackie kino, nawet, jeśli nie pozbawione błędów, ma potencjał. By wpędzić człowieka w depresję i obłęd. Z tego też powodu polecam Wam z całego serca zarówno film, z którego zerżnąłem tytuł notki jak i Cottbus Film Festival.


*Oczywiście należałoby zapytać, czy te maluchy nie znały wcześniej poglądów swojej sąsiadki i, licząc może na dodatkowego cukierka, mówiły dokładnie to, co chciała usłyszeć.

**Czytaj: z MOICH, ciężko zarobionych pieniędzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz