poniedziałek, 10 lutego 2014

Być hipsterem.



Jednym z najpiękniejszych sposobów, by poszerzyć własne horyzonty, jest spotkać kogoś drugiego, który samym sobą pokazuje świat na inny sposób. A dzielenie życia z kimś takim jest czystym przywilejem. Mnie dotknęło to wyjątkowe szczęście, dlatego też mogłem przeczytać w książce Terzaniego, którą ukradłem mojej żonie:

„Kiedy stanęliśmy przed masywnym białym Lincolnem, siedzącym w ogromnym białym fotelu wewnątrz gigantycznej białej kopii greckiej świątyni, powiedziałem(…)
- Przypomina mi Kim Ir Sena.
Obraził się, jakbym dotknął go do żywego.
- My  uwielbiamy tego człowieka – powiedział.
Powstrzymałem się od zwrócenia mu uwagi, że Północny Koreańczyk powiedziałby dokładnie to samo, ale takie właśnie wrażenie wyniosłem z Ameryki. 
(…) Patrzyłem na Amerykanów jak na ofiary jakiegoś prania mózgu: wszyscy mówią to samo, myślą tak samo. Różnica jest taka, że w odróżnieniu od Koreańczyków wydaje im się, że robią to z własnej woli i nie zdają sobie sprawy z tego, że ich konformizm jest owocem wszystkiego, co widzą, piją, słyszą i jedzą.”*

Moi współtowarzysze na tym padole starają się wyróżnić kawą ze Starbucksa (sic!) i nowym iPhonem, oglądając na YouTube od nowa wciąż ten sam film, ten sam serial, ten sam żart w nieco tylko zmienionej scenerii. Zachodzę w głowę, dlaczego w dzisiejszym świecie posiadanie masowo produkowanych, względnie tanich produktów ma wyrażać mój styl. W końcu nikt (chyba) nie wpadnie na pomysł, że BigMac to coś wyjątkowego. Zje się, owszem, ale bardziej nijakie jedzenie chyba nie istnieje. Co innego jakieś danie w knajpce za rogiem, przygotowane przez nieco gburowatego kucharza, któremu przepis na danie zdradził przypadkowo napotkany w najdalszym kątku świata kolega po fachu. A niech i będzie przypalone i smakuje jak sok z przedwczorajszych skarpet! Nadal będzie inne, wyjątkowe – i w swej wyjątkowości ważne, warte zachowania.

My, ludzie tak zwani cywilizowani, w zalewie szamponów wyzwalających orgazm, stajemy się niczym więcej jak chodzącym, durnym słupem reklamowym. Durnym dlatego, że mądre słupy (np. sportowcy) każą sobie za to płacić, a my nosimy ciuchy z wielkimi logami firm nie tylko nie za darmo, ale jeszcze za to płacimy. Do tego czujemy się wyjątkowi. Wyjątkowi. Kiedy mamy na sobie może 3.497.182 klona tej samej rzeczy. 

Słupy reklamowe nie są wyjątkowe. Są tylko słupami, które wyświetlą to, co każe im się wyświetlić. Które powiedzą to, co każe im się powiedzieć. Szarą, bezwolną masą, zdolną do wszystkiego, bo pozbawioną możliwości samodzielnego myślenia. Stąd zresztą, jak sądzę, powtarzające się ataki na ludzi, jak Hannah Arendt czy Philip Zimbardo, zajmujących się tematyką zanikania indywidualności i potężnych wpływów środowiska. It’s bad for business. To przerażające, bo tylko taka masa zdolna jest do wyrządzania absolutnego zła. Taka masa jest żywiołem, okrutnym rojem szarańczy, który nie powstrzyma się przed niczym. 

Macie teraz przed sobą obraz impertynenckiego pseudointeligenta, który uważa się za lepszego, bo szarańczą nie jest. To błędne przekonanie.  Nie mam żadnych złudzeń, że jestem członkiem roju, reklamowym słupem i zmanipulowanym durniem. I wiem, że taki zawsze pozostanę.
Stąd mój apel do tych, którzy potrafią naprawdę być inni. Bądźcie kim jesteście i nie poddawajcie się nigdy. Bez Was, kochani, jesteśmy zgubieni.

*Tiziano Terzani „Listy przeciwko wojnie”, przeł. Joanna Wachowiak-Finlaison, WAB 2012

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz