niedziela, 3 lutego 2013

Lincoln Unchained

Dziś będzie o filmach, niewolnictwie, chińskich fabrykach i związkach partnerskich.

Niekoniecznie w tej kolejności.

Całą notkę sponsorują dwa głośne, choć niestety nie wybitne, filmy wspomniane niejako w tytule.
Oba są o tyle warte obejrzenia, że podejmują ciekawy i, wbrew pozorom, niestety bardzo aktualny temat niewolnictwa. Robią to, rzecz jasna, zupełnie inaczej. Bohaterowie Spielberga wygłaszają mowy, których patetyzm i sztuczność przyprawia czasem o ból zębów, Tarantino natomiast właściwą sobie lekkość dialogów kombinuje z idiotyczną jatką. I gdyby z tego ostatniego choć nieco zrezygnował, zrobiłby film absolutnie genialny.

Abstrahując jednak od ich artystycznej wartości, w obu filmach uderzyły mnie podobieństwa argumentów z dyskusji o niewolnictwie z aktualną polską dysputą na temat pani (oby) wicemarszałek Grodzkiej i związków partnerskich. Ta sama zajadłość i zaciekłość, z jaką jedna strona odmawia pełnego człowieczeństwa innym ludziom i ten sam rewolucyjny zapał ich adwersarzy, którzy apelują o wolność.
I choć zazwyczaj (przynajmniej ostatnimi czasy) staram się zachować umiar i zrozumienie dla drugiej strony sporu, to w tych sytuacjach opór konserwatystów jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Należałoby powiedzieć, że jestem w stosunku do ich poglądów kompletnie nietolerancyjny. To, rzecz jasna, wprowadza ciekawy i smutny paradoks, bo moja tolerancja zaprzecza samej sobie - bo albo akceptuję poglądy moich adwersarzy i uznaję prawo do ich głoszenia, czyli jestem tolerancyjny, albo tego nie robię i staję się taki jak oni. Problem polega na tym, że w obu przypadkach wykazuję postawę nietolerancyjną i tolerancyjną zarazem, a więc reprezentuje rozdwojenie którego nie powstydziłby się Hegel i jego duch.

Taka postawa jest zresztą właściwa współczesnym ludziom Zachodu*.  Każdy z nas ma usta pełne Spielbergowskich frazesów o wolności, równości i braterstwie. Żyjemy w czasach, gdzie każdy brzydziłby się pójść na targ niewolników i kupić sobie człowieka, w kraju, który nie może zapomnieć okrucieństwa robót przymusowych z czasów II Wojny Światowej.

A jednak każdy z nas, Wolnych Ludzi, Dobrych Ludzi, Wielkich Ludzi posiada rzeczy wytworzone rękami, bólem, potem i śmiercią niewolników. Nie tylko przecież najsłynniejsze Jabłko świata korzysta z usług chińskich fabryk, które od farm bawełny z Południa, tudzież nazistowskich zakładów "pracy" różnią się jedynie tym, że są na tyle daleko, by nam nie psuć dobrego samopoczucia z nowego smartphone'a.

Teraz powinienem dopisać tyradę na temat pazerności szefów wielkich koncernów, a każdy z nas, szaraczków, mógłby odejść do domu z odpuszczeniem grzechów.

Ale tego nie zrobię. Bo jestem więcej niż głęboko przekonany, że pazerność nie jest li tylko właściwa Jobsom i Gatesom, ale również Kowalskim, Schmidtom i Skitkowi. Bo to JA chcę mieć nowe urządzenie, które oczywiście musi być supernowoczesne i supertanie. Bo to JA nie pytam, skąd ono pochodzi. Bo to JA jestem Gordonem Gecko i to JA właśnie uważam, że chciwość jest dobra.

Co z kolei implikuje fakt, że do zniesienia niewolnictwa nie potrzeba wojny domowej, a jedynie krótkiego zastanowienia się nad moralną stroną naszych zakupów. Ale ponieważ zrezygnowanie z korzystania z niewolniczej pracy wymagałoby od nas głębszego sięgnięcia do portfela, a więc mniejszego posiadania, to sądzę, że pracownicy Foxconna jeszcze długo nie mają szansy na lepszy los.

Cynik we mnie mówi, że nigdy jej nie dostaną. Bo, cokolwiek rzekłby Zaratustra, my ludzie nie przekroczymy samych siebie i nie pokonamy własnych pragnień. I dlatego też jakieś farmy bawełny będą zawsze.

Chciałem zakończyć pozytywnie, ale nie potrafię.





*I tu powinien paść, zapewne słuszny, komentarz: "Ale już w starożytnym Rzymie..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz